Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szydełkowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szydełkowe. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 sierpnia 2015

...przewróciło się, niech leży....

...W domu króluje mały zbój więc brakuje czasu na wszystko : ) już dawno odpuściłam zbieranie zabawek i sprzątanie w ciągu dnia, no może z wyjątkiem poobiedniego odkurzania w celu usunięcia resztek obiadu z połowy kuchniosalonu : ) łobuz je aktywnie, więc z podłogi można czytać jak z menu.
Pomiędzy pieluchami, obiadkami, deserkami, praniem, spacerami i wspólną zabawą nie zostaje już prawie nic na twórcze działania.... a tu przede mną jeszcze powrót do pracy. Śmieję się, że jak już teraz zacznę dziergać śnieżynki na szydełku to do świąt z pięć może zrobię : )
Praktycznie wszystko co robię ostatnio to jakieś naprawy ubrań roboczych męża czy bielizny domowej więc pokazywać tego nie będę : ) ale od wielkiego dzwonu robię coś na prezenty. A, no i kupiłam nową maszynę bo stara necchi którą dostałam w spadku już zakończyła żywot. Dobra to była maszyna, ciężka, ale żadne grube materiały nie były jej straszne. Mam nadzieję, że nowa też mi długo posłuży mimo że nie jest z najwyższej półki i już z innej firmy. Pierwsze próby już za nami i źle nie jest :) choć czasu na większe projekty brak.

W tym roku zostałam chrzestną małej Anny. Prezent robiłam jeszcze przed jej narodzinami :) robota zajęła mi 3mc a to dlatego, że przybywało średnio jeden rządek na dobę.... robiłam głównie wieczorem po wyprawieniu łobuza spać, bo jeśli chciałam cokolwiek zrobić w dzień, to wełny były poplątane a robótka wyśliniona :)
Mimo wszystko udało mi się zdążyć na czas.

P.S. Komputera też praktycznie nie włączam, ten post jest pierwszym i mam nadzieję nie ostatnim, pisanym na telefonie. Mam nadzieję, że w publikacji będzie wyglądał normalnie bo ta aplikacja bardzo by mi ułatwiła kontynuowanie bloga. Pozdrawiam tych co jeszcze o mnie nie zapomnieli: )

środa, 26 grudnia 2012

Jeszcze świątecznie ;)

Tak niewiele nam potrzeba,
by przytulić się do nieba.
Zdrowia, szczęścia, bliskich blisko
i miłości ponad wszystko.

Mam nadzieję że każdy z Was przeżywa ten niezwykły czas z osobami bliskimi. Nasza rodzina w tym roku jest troszkę rozsiana po świecie ale dzięki łączności internetowej mieliśmy namiastkę bliskości.
Oby w przyszłym roku wszyscy zgromadzili się przy wspólnym stole tego życzę Wam i sobie :)

 A tutaj moje tegoroczne śnieżynki. Robiłam je na raty niestety z braku czasu.
Obiecuję sobie, że na przyszłe święta zabiorę się za nie duuużo wcześniej :) najlepiej już we wrześniu... tak żeby do świąt zrobić większą ilość.
Śnieżynkami zostały obdarowane dobre dusze, które spotkałam tutaj na IS.

Lubię ręcznie robione prezenty, choćby było to coś małego i banalnego to wiem, że wkładając w wykonanie tej rzeczy swój czas, chęci i pracę, osoba ta daje mi prezent niepowtarzalny.

 Do usztywniania po raz pierwszy wypróbowałam specyfik o nazwie Stiffy - fabric stiffener.
Musze przyznać że jest on w użyciu o wiele prostszy i co ważne mniej brudzący od tradycyjnego krochmalu którego używałam w zeszłym roku.
Ja nie spotkałam się wcześniej z tym produktem bo nie miałam potrzeby krochmalenia większej ilości rzeczy, więc się nie interesowałam gotowymi usztywniaczami.
Troszkę go zatem po zachwalam dla tych co też jeszcze go nie znają :). I nie jest to żadna ukryta reklama, nie mam żadnych profitów z tego, ot tak chcę się podzielić z Wami moim odkryciem pewnie dość popularnego produktu.

Stiffy jak mówi etykieta, jest łatwy w użyciu i zrobiony jest na bazie wody.
Można nakładać go pędzlem, rozpylać lub maczać w nim tkaninę. Można go zmyć z rąk za pomocą zimnej! wody z mydłem.
Z pędzelka zmywałam go samą wodą.

Śnieżynki rozpięłam sobie na sucho na styropianie i malowałam pędzelkiem moczonym w usztywniaczu.
Zapachowo podobny jest on do kleju do tapet :) takie moje skojarzenie, ale usztywnia świetnie wszelkie naturalne materiały (a nawet te które mają w składzie również domieszki sztuczne).

Wiem że wiele osób używa go do robienia rzeźb materiałowych, np duszków z gazy. Też muszę spróbować :) 

Specyfik ten bardzo szybko schnie :) ja dodatkowo położyłam styropian ze śnieżynkami na grzejniku i były już wyschnięte i sztywne po ok godzinie.
Można nakładać kilka warstw utrwalacza jeśli uznamy że po pierwszym razie nasza rzecz nie osiągnęła odpowiedniej sztywności.
Można go nakładać bezpośrednio takim jakim jest lub rozcieńczyć wodą. Nie wiem jak w przypadku materiałów kolorowych ale wydaje mi się że moje gwiazdki z białego kordonka, po nałożeniu usztywniacza i wyschnięciu zrobiły się jakby troszkę bielsze, albo tylko mi się zdaje....

Na koniec moja skromna dekoracja z zeszłorocznych śnieżynek.

Oraz nasza choinka w pełnej krasie.
Niestety nie mam zdjęcia wieczornego kiedy to widać cały urok lampeczek w kształcie gwiazdek ;).
Przyznam się że nie lubię na choince tych popularnych dziś kolorowych diod, a jak jeszcze migają to dla mnie już masakra. Wolę tradycyjne białe światełka ;)

sobota, 17 listopada 2012

hm...

Chyba powinnam każdy post tytułować "jak ten czas leci..."
Czy w tym czasie robiłam coś? Ano robiłam, ale jak się głębiej zastanowić to takie to zwyczajne rzeczy były, ot życie po prostu. Jakiś obiad, jakiś chleb, drobne poprawki krawieckie, jakieś przyjemności drobne w towarzystwie znajomych, coś poczytałam, coś obejrzałam, słowem nic na bloga.

Chusta na prezent już skończona i wręczona. Właścicielce się spodobała więc też jestem zadowolona ;) Obok w całej okazałości i w detalu :)

 Dziury są bardzo dekoracyjne, a dzięki sporej wielkości po zwinięciu chusta spełnia też rolę osłonową przed wiatrem i zimnem.
Do tego wzoru widzę grube i ciepłe włóczki, takie mięsiste, przy cienkich nitkach będzie on wyglądał jak sieć na ryby :)
 Oczka salomona to fajny wzór, szybko i łatwo się dzierga więc chusty przybywało w tempie ekspresowym mimo że nie miałam wiele czasu wolnego na dzierganie :)
Ale udało się skończyć na czas uf.



A tutaj już jako gotowy prezent. Był jeszcze tort ale zapomniała cyknąć zdjęcia po zrobieniu a przed zjedzeniem... może to i dobrze ;) nie będzie Wam ślinka ciekła ;)







Na  marginesie - byłam dziś w przychodni lekarskiej z nagłym przypadkiem a tam w okienku siedzi sobie Pani i zawzięcie dzierga szydełkiem kwadratowe elementy z których można zrobić kocyk, kapcie, torebkę i wszystko co sobie człowiek wymyśli ;). Pani nie dość że malowniczo dziergała to również malowniczo wyglądała w trawiasto zielonym sweterku, w koralach dzierganych, w okularach o szerokich różowych oprawkach. Był to tak malowniczy obrazek że chorym już od samego patrzenia robiło się lepiej ;)

A czy wiecie że na Islandii już jest mocno świątecznie? Ludzie powoli zaczynają stroić domy i mieszkania i to nie tylko wewnątrz ale i na zewnątrz. Sklepy już od 1 listopada toną pod stertami ozdób świątecznych... zresztą tubylcy uwielbiają bibeloty, pierdółki, duperele które stawiają wszędzie w mieszkaniach i domach.... tylko kurzu z tych wszystkich dekoracji nie chce im się ścierać.... ale to już inna rzecz. 

Takie oto łyżeczki świąteczne zakupiłam ostatnio za grosze dosłownie w sklepie czerwonego krzyża do którego weszłam przypadkiem w trakcie spaceru z koleżanką. Łyżeczki maleńkie, jak pół łyżeczki do herbaty ale figurki urocze, nie mogłam ich nie kupić ;) taka specyficzna sroka ze mnie co najszczęśliwsza jest na pchlim targu gdzie można wygrzebać istne cuda.




Zabrałam się już powoli za szydełkowe gwiazdki na choinkę, nie mam jeszcze nic do pokazania bo krochmalić będę hurtowo jak ich troszkę narobię a to wymaga czasu którego ciągle mi brak. Do świąt powinnam zdążyć ;)

Na koniec chciałam jeszcze zaprosić Was do zapoznania się z pewnym linkiem ;)
Powtórzę za innymi i po prostu powiem a raczej napiszę że: jest robótka do wykonania ;) więc klikajcie, czytajcie a jeśli nie możecie lub nie chcecie wziąć w robótce udziału to przekażcie dalej ;)

U nas spadł pierwszy śnieg, więc pozdrawiam Was ciepło z już zimowej i ciemnej Islandii.

środa, 24 października 2012

co nieco...

Na chwilę obecną oczek salomona jest dopiero tyle co widać na fotce - więc tak jak pisałam wcześniej nie ma się jeszcze czym chwalić ;)
Wzór bardzo łatwy wbrew pozorom i bardzo przyjemnie się go dzierga (dzieje...? dziać, dziergać, dziergolić... ???) nie trzeba nawet się przejmować jeśli oczka robi się nierówne bo i tak tego nie widać :).
Chusta powstaje z niezbyt grubej włóczki więc w efekcie będzie raczej do ozdoby niż do praktycznego zastosowania w celu grzewczym lub ochronnym przed zimnem.... w sumie ta chusta to takie nic, niebieska mgiełka ;) same w niej dziury będą :D. W zamyśle miał to być szaliczek z końcami w trójkąt ale tak jakoś ze względu na ogólną dziurawość wzoru i chudość włóczki szaliczek rozrasta się to wymiarów trójkątnej chusty.

W ostatnią sobotę pogoda nam dopisała, mimo że było dość chłodno (jak dla mnie zimno, jak dla innych w sam raz, kwestia indywidualna) wybraliśmy się na krótką wycieczkę.
Krótka "jesień islandzka" charakteryzuje się raczej brązami i złocieniami, ciężko doszukać się polskich czerwieni i pomarańczy. Jesienna kolorystyka szybko ustąpi miejsca szaro-burej a następnie białej barwie zimy. Osobiście twierdzę że tu są tylko dwie pory roku: jasna i ciemna, ewentualnie zima i trochę cieplejsza zima ;)
Przydrożna rzeczka:

 Droga w okół najbliższego nam fiordu:




niedziela, 8 lipca 2012

Małe a cieszy

Uciekają mi dni strasznie, głowę mam zaprzątniętą od dłuższego czasu naszym zbliżającym się urlopem w PL oraz ślubem - wiadomo, wszystkim mężatkom nie trzeba tłumaczyć a te które mają ten wielki dzień jeszcze przed sobą niech żyją w błogiej nieświadomości :)

Wrzucam tak na szybko małą robótkę recyklingową - futerał na telefon na prośbę narzuconego ;).
Materiały:
  1.  resztki dżinsowe ( jeśli wyrzucam jakieś dżinsy z powodów różnych to nogawki które zazwyczaj są w najlepszym stanie zostawiam na łaty wszelakie :) tak się nauczyłam od mamy )
  2. nieużywana skarpetka ;)
Skarpetka to nie tylko ściągacz zabezpieczający telefon przed wypadnięciem ale również "podszewka" futerału żeby telefonik sie nie rysował i miał mięciutko ;)
To było szycie naprawdę szybkie - ok 5 minut na maszynie i gotowe ;)



 Muszę też zaprezentować coś co czeka już ponad miesiąc. Ale od początku - sukienkę ślubną mam z odkrytymi ramionami a że do kościoła jakoś tak nie wypada (bynajmniej ja tak uważam) więc potrzebne było bolerko / szal/ etola / jednym słowem cokolwiek co by te ramiona ciut ciut okryć...
Po długich poszukiwaniach w realu i necie ciągle był ewidentny brak tej części garderoby... w necie można znaleźć wiele pięknych bolerek ale w każdym mi coś nie pasowało, ciągle myślałam że to nie to albo że za "bogate", nie ten materiał, nie ten styl, nie ten rękaw, brak rękawa, kołnierz, faktura, grubość, długość  itd.
W końcu inspirowana fasOLĄ i jej cudnymi bolerkami stwierdziłam że właśnie takie "dziergane" wdzianko będzie w sam raz do mojej sukni. Tylko tu pojawił się kolejny problem - bo wzorów na bolerka jest niezliczona ilość ale ja potrzebowałam takiego w którym się nie rozpuszczę mimo upałów ;) i dam radę wydziergać sama na szydełku ;) ambitny plan ;)
Jak pomyślałam tak zrobiłam. Wzór oczywiście przekombinowałam po swojemu żeby całość była lekka i mocno dziurawa - słowem takie nic ;)
Robiłam na szydełku nr 9 z pojedynczej nitki moheru w kolorze ecru. Przód zapinany na perłowy guziczek grzybek.
Nie mogę jeszcze przymierzyć jak będzie wyglądać do sukienki bo sukienka w PL a ja jeszcze na IS - stąd też moje wahanie czy pokazywać bolerko na blogu czy nie... miejmy nadzieję że będzie pasować ;)
Zdjęcia z telefonu więc wybaczcie kiepską jakość.



sobota, 19 listopada 2011

małe formy cz.2

Coś tam w między czasie staram się podłubać mimo pracy i zmęczenia - coby nie zapomnieć jak się trzyma szydełko ;).
Na IS może nie mamy mrozów ale już odczuwamy zimę po długiej "nocy" - dziś o 9 rano było jeszcze dość ciemno, taka ponura szarówka.
Lubię ciepełko więc zimą w PL wyglądam prawie jak Eskimos opatulona po sam nos - czasem tylko oczęta wystają spod okrycia ;) a jak jest zimno to i biżuteria zimna i jak dotyka skóry to od razu mi gęsia skórka wychodzi... w tym roku więc zrobiłam sobie bransoletkę w zimowym, ciepłym ubranku ;).
Wełna resztkowa, mały recykling butelki plastikowej, kilka prób i błędów i jest prototyp!
Nie jest doskonała - bo wzór wymyślany w trakcie, no i kilka błędów też się wkradło ale następna będzie lepsza ;)

 Bransoletka ładnie trzyma kształt dzięki pierścieniowi z butelki ;) od wewnętrznej strony też jest włóczka więc wygląd jest w miarę estetyczny i solidny a do tego wcale nie jest ciężka ale ładnie się układa na nadgarstku. Teraz tylko muszę przetestować jak się będzie zachowywać na rękawach sweterków.
A co do trzymania szydełka ;) - ja trzymam szydełko jak drut do robótek bo tak mi wygodniej i bardziej panuję nad robótką. Nikt też już mi nie wmówi że mój sposób trzymania jest nieprawidłowy! jak uważa wiele dziergających osób. Nikt mnie nie przekona ponieważ w pewnej fantastycznej książce o szydełkowaniu, którą odkryłam tutaj na IS w bibliotece, opisano oba sposoby trzymania szydełka  (od góry i od dołu) jako jak najbardziej prawidłowe! A wybór sposobu trzymania jest sprawą czysto indywidualną tak jak praworęczność i leworęczność - po prostu używasz tego sposobu który jest dla ciebie bardziej odpowiedni ;)

poniedziałek, 14 listopada 2011

małe formy

 Kompletnie nie wiem gdzie mi czas ucieka. Ledwo wrócę z pracy i wezmę prysznic a już trzeba się spieszyć do spania bo rano trzeba wstać do pracy... kiedy ja nadrobię te wszystkie projekty i rozpoczęte robótki ??? Ale pewnie ponad połowa z Was ma tak samo, szczególnie w okresie jesienno zimowym. Chyba byłam niedźwiedziem w poprzednim wcieleniu bo co roku wpadam w jakiś " misiowy letarg" i właściwie zimy przeżywam na półśnie ;) a najchętniej pod kołdrą!
Ale dziś nie o tym co mam zaczęte, co postanowiłam spruć a co postanowiłam dłubać mozolnie dalej... ale o małych formach ;)
Tak!  Uwielbiam takie "szybkie" projekty bo migusiem się je robi więc nie zdążą się znudzić do tego szybko widać efekt, nie potrzeba dużo włóczki, można spokojnie wyrobić "resztki" czy pojedyncze moteczki których szkoda wyrzucić a których nijak nie idzie do czegoś dopasować.
Małe projekty są świetne na małe prezenciki z okazji i bez okazji, są fajnym przerywnikiem innych prac, zajmują niewiele miejsca więc można je robić właściwie wszędzie a schematy są na tyle proste że można je szybko zapamiętać ;)
Wczorajszy mały projekt - broszka różana, no w sumienie nie taki mały bo średnica to ok 10cm.
Róża powstał bardzo szybko z miłej i dość grubej włóczki w pastelowym fiolecie (kompletnie nie wiedziałam co z niej zrobić ;) i tak leżała aż się doczekała i jeszcze jej troszkę zostało na inny mały projekt).
Wymyśliłam sobie że sfilcuję tę różę w pralce ( a raczej spróbuję po raz pierwszy sfilcować coś specjalnie a nie przypadkiem ;) ) ale coś mi nie grało, coś czułam że za łatwo idzie, więc dla pewności w połowie roboty zrobiłam próbę ogniową włóczki - no i oczywiście masz babo placek - akryl.
Filcowanie odpadło ale ponieważ efekt bez filcowania też mi się bardzo podoba, więc w sumie nie rozpaczam ale zapamiętam na przyszłość robić próbę ogniową przed rozpoczęciem czegokolwiek co będę chciała sfilcować z włóczek do których nie mam etykiet składu.
 
 A co do placka - to owszem serniczek ;)
Kocham Serniki ! A tu na IS nie ma porządnego, normalnego sera na sernik ;(  ale pewnego pięknego dnia ku rozpaczy mojego Niedźwiedzia znalazłam rewelacyjny przepis na sernik zwyczajnie niezwyczajny. Ja używam do niego jedynego nadającego się do ciasta dostępnego tutaj na IS sera białego -skyr- to nie do końca nasz odpowiednik serków homogenizowanych ale też nie typowy ser biały, coś jak zmiksowany na gładką masę ser ze śmietaną, taki ser kanapkowy. Przepis znaleziony na blogu Migdałowej - cosmidotego - zakochałam się w nim bo bardzo mi brakuje naszego tradycyjnego polskiego sernika a ten smakuje praktycznie tak samo, no może ma jeden plus - nie wysycha ! ;) Niedźwiedź załamany bo praktycznie co tydzień sernik ;) od ponad miesiąca ;)

Jeszcze na koniec muszę pochwalić się dwoma rzeczami a właściwie sprawami ;)
Sprawa pierwsza: przekonałam się do soczewek (szkieł kontaktowych)! Ja zatwardziały okularnik, który okulary nie tylko nosić musi z powodu wady wzroku to jeszcze okulary lubi! A w dzisiejszych czasach wśród oprawek, wzorów i kolorów można wybierać jak u jubilera ;). No ale przekonałam się z różnych powodów i testuję od tygodnia. Najgorzej było założyć i wyjąć soczewki po raz pierwszy i drugi, później człowiek nabiera wprawy, znajduje własny system i już nie jest tak źle.
Po tygodniu noszenia muszę stwierdzić że soczewki mają jeden wielki plus - na IS są one bardzo praktyczne w okresie zimowym. Przy tych ciągłych deszczach, mżawkach, wiatrach itp okulary mimo całej mojej miłości do nich były bardzo niepraktyczne, ciągle "zakapane", zaparowane, zakurzone... a soczewki bez problemów ;).
Sprawa druga: jedziemy na urlop do PL !!! JUPI spędzimy święta w domku i przywitamy Nowy Rok z polskimi przyjaciółmi ;) bardzo się cieszę na ten urlop bo już ponad rok mija odkąd wywiało mnie za granicę i strasznie się za wszystkimi i wszystkim stęskniłam. Pomimo że dużo też spraw mamy do załatwienia w PL i pewnie wcale nie odpoczniemy z Niedźwiedziem to i tak bardzo się cieszę ;).
Z tej okazji zamieszczam dla wszystkich zainteresowanych schematy śnieżynek które dziergałam w zeszłym roku na naszą pierwszą zagraniczną choinkę. W tym roku mam w planach nie wydzierganie ani jednej ;) będę się cieszyć widokiem "starych" domowych bombek i ozdób. A niektóre z nich liczą pewnie więcej lat niż ja :)
Zamieszczam dwie śnieżynki bardzo prościutkie dla leniuszków i trzy ciut bardziej pracochłonne ;)
Życzę miłego dziergania i koniecznie pochwalcie się na swoich blogach jeśli którąś wydziergacie ;)




Jeszcze candy na koniec:



wtorek, 27 września 2011

zmiany, zmiany, zmiany....

 Oj pokajać się muszę, strasznie Was zaniedbałam. Wstyd mi niezmiernie i bardzo przepraszam za tak długi czas ciszy na blogu. Jestem już po zmianie pracy, po przeprowadzce do miasteczka, jakoś usiłuję ogarnąć to nowe miejsce ;) Dziś też nie pokarzę żadnej robótki, nic nie jest skończone z ewidentnego braku rozciągacza doby ;) ale coś nowego na szydełko narzucone i nowy pomysł w głowie, ale o tym za chwilkę ;)

Na zdjęciu powyżej - Harpa - nowa filharmonia Rejkiaviku (to jej sufit widziany od środka mogliście podziwiać w poprzednim poście). Budynek jest naprawdę duży i mieści nie tylko tradycyjną dużą scenę koncertową ale również kilka scen kameralnych oraz "halę" na koncerty muzyki młodzieżowej ;) oczywiście kilka kawiarni, parking itp niezbędnych miejsc ;) Projekt budynku zakłada że ma on swoją bryłą przypominać plaster miodu, jak go odbiera zwykły widz to już inna sprawa ;) Budynek położony tuż nad oceanem a właściwie jedna jego ściana "wchodzi" w wodę, z drugiej strony (tej widocznej na zdjęciu) możemy podziwiać odbicie Harpy w sztucznym jeziorku.


A teraz kilka migawek z mojego nowego miejsca zamieszkania ;) - Hafnarfjordur
 Wszędobylskie mewy :)
Niesamowicie potrafią łapać kawałki chleba w locie ;) ale i tak to nie to samo co krakowskie gołębie ;)
 Spacerniak brzegiem oceanu ... choć teraz już jest dużo chłodniej, mniej słonecznie i strasznie, ale to strasznie wietrznie więc spacerków nie ryzykuję...
 Moje nowe miejsce pracy. A właściwie tylko jego część ;) pracuję w hotelu i restauracji Wiking - na zdjęciu tylko część restauracji.
 Fragmencik miasteczka - zabudowa sakralna czyli kościółek ale nie polski ;) i przynależne do niego budynki, i dekoracja niezbędna - sztuczne jeziorko ;) jakby im nie wystarczył ocean po drugiej stronie ulicy ;) Islandczycy chyba naprawdę kochają wodę.

I na koniec krótka notka co na szydełku: szalik kwiatkowy o ile jeszcze go pamiętacie, dalej nie skończony, jakoś nie mam do niego serca - zastanawiam się czy nie spruć.
Na szydełku drugim rozpoczełam abrazo na które od dawna miałam ochotę ;) wzór TUTAJ dzięki uprzejmości Bean ;) ale zaznaczam że powstaje bardzo powoli ;) moją uwagę bowiem przykuwają ciekawe lektury :) Skończyłam ostatnio czytać Bezduszną oraz Bezzmienną i z niecierpliwością czekam na trzecią część ;) książki lekkie ale niezwykle wciągające, polubiłam niemal tak jak Terrego Pratcheta którym się zaczytuję strasznie - uwielbiam fantasy i SF ;D ale innymi książkami też nie pogardzę.
Jestem wprost uzależniona od czytania, jak nie przeczytam dziennie choć kilku stron to jestem chora! A jak już wsiąknę w książkę to można walić młotem - nic do mnie nie dociera - przenoszę się dosłownie do innego świata, z fotelem mnie można wynieść i sprzedać :) nie gotuję, nie zmywam, nie sprzątam, prawie nie śpię po nocach.... bo jeszcze jedna strona ;) aż sama współczuję temu mojemu Męczyźnie ;) obecnie pochłaniam Po słowiczej podłodze polecam ;)
I jeszcze jedno zdanko o nowym pomyśle ;) marzyły mi się kapcie na szydełku - trafiłam ostatnio na bardzo łatwy i szybki schemacik z kwadratów więc pewnie niedługo się za niego wezmę ;) a ponieważ szkoda mi strasznie, że nie mogę byś osobiście na różnych robótkowych spotkaniach w realu przy dobrej kawce/herbatce więc może ktoś ma ochotę po-szydełkować ze mną w sieci?

niedziela, 15 maja 2011

patataj patataj pojedziemy w cudny kraj....

Oj dawno nie pisałam. Bardzo Was za to przepraszam, niestety wiele spraw (i dobrych i złych) ostatnio zaprząta mi głowę i wypełnia każdą wolną chwilę więc na blogowe życie niewiele zostaje mi czasu. Mimo że nie piszę często ale staram się zaglądać na Wasze blogi mimo że nie komentuję i czasem nadziwić się nie mogę skąd u Was tyle czasu na tworzenie i dzielenie się swoimi pracami w świecie blogowym - musicie albo się rozdwajać albo magicznie wydłużacie dobę innego rozwiązania tej zagadki nie widzę ;)

No ale miało być o konikach islandzkich, więc oto one:
 Konie na Islandii to chyba najważniejsze dla mieszkańców zwierzęta tego kraju, no pomijając owce ale one mają zupełnie inne znaczenie.
Konie przybyły na wyspę wraz z pierwszymi osadnikami i właściwie przez wiele wieków były niezbędne dla każdego Islandczyka a nawet dziś są niezastąpione.  Bo tylko konno dawniej można było przemierzyć niegościnny interior wyspy, czy utrzymać kontakt między bardzo oddalonymi od siebie farmami. Nawet dziś w erze motoryzacji koniki te z łatwością przemierzają księżycowy krajobraz interioru a nawet zimne języki lodowców na co my zmotoryzowani nie mamy szans jeśli nie posiadamy potężnego jeepa z napędem na 4 koła. Koniki są też niezbędne przy spędzie owiec których na wyspie jest chyba ponad 500 tysięcy.
Przez wiele wieków nie sprowadzano innych ras koni, z czasem wykształciła się osobna rasa przystosowana do tutejszych warunków, więc te koniki to chyba jedna z najczystszych ras na świecie a obecnie prawo tego kraju zakazuje krzyżowania ich z innymi rasami aby ten stan czystości rasy utrzymać. Niewiele osób wie że gdy dany koń opuści wyspę to nie ma już na nią powrotu.

 Konie islandzkie mają niewielkie rozmiary, są trochę większe niż kucyki, największe nie sięgają nawet 150cm. Są za to bardzo wytrzymałe, świetnie przystosowane do tutejszych warunków klimatycznych i surowej przyrody i mają naprawdę bardzo minimalne wymagania co do opieki i paszy i w porównaniu do innych ras żyją dość długo i nawet w wieku 25lat jeszcze spełniają rolę wierzchowca.. Właściwie opieki praktycznie nie potrzebują bo cały rok żyją na wolności. Młode są ujeżdżane w wieku 4-5 lat dopiero.

 Jak widać na zdjęciach koniki mają włochate grzywy i ogony, właściwie w okresie zimowym całe są włochate, na lato zrzucają trochę grubego włosia wygląda to trochę jak linienie się włochatego psa ;)

Do tego są bardzo łagodne i przyjazne więc nawet osoby które wcześniej nie jeździły konno mogą na nich śmiało jeździć po kilkunastominutowej nauce jak dać koniowi do zrozumienia w którą chcemy jechać stronę ;) - jak widać na zdjęciach, jak tylko znajdzie się jakiś zabłąkany obserwator w pobliżu to od razu podchodzą i chcą się "witać" i są bardzo zainteresowane aparatami! W dotyku włosie mają miękkie a osoby które na nich jeździły twierdzą że siedzi się na nich jak na kanapie ;)
 A tutaj troszkę czułości ;) Ubarwienie mają bardzo różne od czarnego, poprzez łaciate do białego. Muszę zaznaczyć że białe konie na Islandii mają dożywocie ;) chodzi o to że nawet nawet jak już osiągną swój wiek starczy nie idą pod nuż do rzeźnika a żyją sobie swobodnie aż do śmierci ze starości. Wiąże się to z jakąś legendą islandzką o bogu Odynie i jego białym koniu oraz o wodospadzie Godafoss który jest odciskiem kopyta boskiego konia na wyspie.
 Koniki te mają jeszcze jedną wyróżniającą je cechę z pośród wszystkich ras świata - oprócz tradycyjnych czterech odmian "chodzenia" mają specjalną piątą odmianę chodu - tzw inochód. Jest on podobny do kłusa (jeśli ktoś wie czym on się charakteryzuje) też jest dwutaktowy ale różnica polega na tym że zamiast podnosić równocześnie nogę przednią prawą i tylną lewą (czyli po przekątnej) podnoszą równocześnie nogę przednią i tylną po jednej stronie ciała czyli w górze równocześnie są obie nogi prawe lub obie nogi lewe.
 Zdjęcia są z przed miesiąca więc jeszcze miejscami widać śnieg. Na chwilę obecną wszystko zaczyna się mocno zielenić i kwitnąć - prawdziwa eksplozja zielonego koloru ;)  Gdyby ktoś chciał poznać troszkę więcej informacji o konikach wstawiam linka klik - koniki islandzkie
 Na zakończenie - czy jesteście w stanie sobie wyobrazić stado łabędzi spokojnie pasące się na polu ???
Ja też nie byłam w stanie dopóki nie zobaczyłam na własne oczy - tu na zdjęciu z kawałkiem wody - ale była to tylko duża kałuża z roztopionego z pól śniegu, niestety ptaki te są tutaj bardzo płochliwe i jest praktycznie niemożliwe zrobienie im fotki z bliska jak ktoś nie ma zuma. Początkowo myślałam że to stada białych gęsi się pasą na polach więc nie zwracałam na nie uwagi ;) ale mój Niedźwiedź wyprowadził mnie z tego błędnego myślenia ;) musicie sobie wyobrazić jakie było moje zdziwienie i niedowierzanie - łabędzie??? na polu??? bez wody???? i to całe stado???? a dodam że to dość powszechny widok ;)
I już na sam koniec troszkę dzieł rączek - może i nie daję rady wyskrobać chwilki na robótkowe działania ale były święta i jak co roku zrobiłam pisanki, a ponieważ na niecały tydzień przed dostaliśmy info że będzie święcenie koszyczków w języku polskim w Selfoss (ok godzinka jazdy od nas) więc i koszyczek przygotowałam ;) święconka w koszyczku od wyrastania chleba bo innego nie mam a serwetka dziergana na szybko z resztek kordonka więc nie jest cała biała bo białego brakło a innych kolorów też było niewiele stąd też tak duży ażurowy wzór.... koszyczek skromny bo tylko chleb (ale własnego wypieku), sól, wędlinka, pisanki. A dekoracja z braku roślinności wszelakiej - z rozmarynu ;) ach pachniał cudnie :P



P.S. Pierogi robię namiętnie ;) mimo że dość dużo czasu i energii zabierają bo za jednym zamachem po ok 56 pierogów  słusznych rozmiarów lepię - a i tak starcza na jeden obiad i niewiele zostaje bo Niedźwiedź pochłania aż mu się uszy trzęsą ;)

niedziela, 27 lutego 2011

w kółko w kółko

...pamiętacie z poprzedniego posta że zamarzyło mi się śliczne abrazo?
Zaczęłam i niestety przerabiając pierwsze rzędy z pęczkami zdecydowałam się spruć wszystko z powodu "niezadowalającego efektu" - mówię a raczej piszę, prawdziwy koszmarek zaczął wychodzić, z ręką na sercu mogę powiedzieć że gruba włóczka do tej cudnej chusty niestety odpada. I nie to że nie próbowałam! Po pierwszym pruciu zaczęłam jeszcze raz, największym szydełkiem jakie aktualnie mam czyli 5,5 oraz zastępując słupki, słupkami podwójnie nawiniętymi i zwiększając odległości między nimi.... doszłam znowu do pęczków i efekt - sprułam.
Zawiedziona ogromnie, poszperałam w internecie, na picasie, w moich skromnych dyskowych zbiorach i postanowiłam spróbować tej cudnej chusty !

Wiem duże wyzwanie z tymi pętelkami - tej małej instrukcji oczywiście ni w ząb nie kumam ale nie byłabym sobą jakbym nie pokombinowała po swojemu. Myślę "dam radę"! Dodatkowo nie zaczęłam od kółeczka żeby chuście nadać bardziej "abrazowaty" kształt. Po godzince kombinowania jakby tu zrobić śliczne pętelki opracowałam swój system - nie wiem czy poprawny ale pętelki wychodziły.
Z ochotą zabrałam się za nowy projekt, doszłam do pierwszego rzędu pętelek i efekt - sprułam.
Niestety bez specjalnych widełek do robienia pętelek, lub chociażby linijki której tutaj nie posiadam, zrobienie równych pętelek jest właściwie niemożliwe, próbowałam jeszcze zastąpić pętelki czymś innym ale chusta traci swój urok...
A tutaj już w trakcie prucia...


Po szóstym pruciu dałam sobie spokój z chustami, myślę szeroki fajny szalik też będzie ok. I znowu niezastąpiony internet! Naszukałam się porządnie, bo fajnych ale prostych wzorów do grubych włóczek jest jak na lekarstwo, przy cienkich moherach wszystko wychodzi bosko ale przy grubszych niteczkach z ładnego szalika wychodzi koc, nijak ułożyć, nijak zawiązać, nic tylko pruć!
W końcu znalazłam, myślę będzie ok, duże dziury, prosty wzór a jaki efekt, może będzie dobrze. Pierwsze 3 próby niestety do sprucia, ale zawzięłam się i nie odpuszczam, przekombinowałam wzór po swojemu żeby kwiatuszki wyszły jak kwiatuszki a nie jak nie wiadomo co i hoduję w serduchu nadzieję że ta czwarta próba będzie na tyle dobra że dobrnę do finiszu. Na razie wygląda to tak:


Abrazo czeka więc na moją kolejną wizytę w mieście w celu upolowania odpowiedniej włóczki, choć z tym też może być kłopot, bo o ile dostępność włóczek wszelakich jest ogromna w praktycznie każdym markecie (a tu prawie same takie sklepy) to wszystkie są typowo grubymi włóczkami, ta moja jest jedną z cieńszych które widziałam. No cóż taki kraj i takie upodobania konsumentów (pewnie przez wiatr), czeka mnie więc intensywne przeszukiwanie sklepowych półek.

Na koniec jeszcze słów kilka o islandzkiej pogodzie.
Jedyne co jest w niej pewne to to że się zmieni! I to nie za kilka dni ale z godziny na godzinę albo wręcz z minuty na minutę. Ostatnio typowe dni są miksem ostrego słońca, ulewy, śnieżycy, wichury i wszystkiego pomiędzy. Wczorajszy dzień zaczął się paskudnie deszczowo, ok 11 uśmiechnęło się do nas słoneczko przez jakieś 2 godzinki chyba żeby tylko wywabić nas z domu w celu zlania 10-cio minutową ulewą - ha ale się nie udało bo kończyłam akurat gotować obiadek snując plany miłego spacerku... ze spacerku więc nici ale przy zmywaniu naczyń mogłam podziwiać obficie padający śnieg jakieś 15 minut. Całe popołudnie kusiło słoneczko z za chmurek a na koniec dnia pogoda uraczyła nas śnieżycą. Dziś za oknem ponad 10cm śniegu właśnie kończy topnieć... w ciągu pisania tego posta zdążyło jeszcze pokapać deszczem dwa razy.
Na zdjęciu nasze najbliższe okolice wczoraj po południu.
Fotka bez jakiejkolwiek ingerencji kolorystycznej, dokładnie tak szaro buro mamy dookoła. Pogoda totalnie nie spacerowo-zdjęciowa. Czekamy z utęsknieniem na wiosnę.


Rzadko piszę ale jak już się rozpędzę ;) mam nadzieję że jakoś trawicie te moje długaśne poplątane myśli ;)