Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 czerwca 2012

fish-chips

Harðfiskur - czyli popularna "przekąska" islandzka....

Lato to tradycyjna pora na przygotowanie islandzkiego "przysmaku" jakim jest suszona ryba - brzmi nieciekawie? I zaręczam że nieciekawie pachnie i nie lepiej smakuje... wyobraźcie sobie paskudny zapaszek lekko nieświeżej ryby... a teraz wyobraźcie sobie że ten zapach jest co najmniej 3 razy mocniejszy.... tak że czuć go nawet przez szczelnie zamknięte foliowe opakowanie - czasem mam wrażenie że tylko ja go czuję, może inni obcokrajowcy już przywykli albo kulturalnie udają że nie czują ;)... rodowici Islandczycy wręcz się tym przysmakiem zajadają....

Suszenie ryb dawniej było jednym ze sposobów zakonserwowania i przechowywania najbardziej dostępnego tu jedzenia na ciężkie i długie zimy, taki zapas na momenty krytyczne gdy połowy były niemożliwe czy nieudane.
 Teraz suszone ryby są popularną, tradycyjną i zdrową przekąską... czy zjadliwą to każdy musi ocenić sam.

Do suszenia nadaje się wiele gatunków ryb, ale tradycyjnie suszy się na Islandii głównie dorsze, łupacze i sumy.  Harðfiskur można zrobić też z flądry. Taką przekąskę ogólnie dostępną w każdym sklepie z produktami żywnościowymi  można jeść samą lub z masłem (jak dla mnie nic a nic lepiej nie smakuje z masłem, samo też jest ciężkozjadliwe i nawet dipy nie pomogą)

 Wypatroszone ryby suszy się na słoneczku (pora letnia). Czas suszenia zależy od wiatru, temperatury powietrza i wilgotności. Ryby schną najlepiej w suchych i chłodnych warunkach na dworze. Choć dziś suszy się też ryby w specjalnych piecach - ale każdy Islandczyk powie że to już nie ten smak ;)

Głowy rybie przeważnie suszone są osobno. Tuszę rybią wiesza się na sznurkach lub patyczkach za dziurkę w części ogonowej. Wierzcie mi - tradycyjne suszarnie ryb czuć na kilometr! A widok jest niecodzienny ;)

 Ryba jest gotowa gdy jest sucha i sztywna jak papier. Autochtoni twierdzą że suszona ryba jest dobra do jedzenia wtedy, gdy mewy kompletnie tracą nią zainteresowanie :)







Ja się ciągle zastanawiam czego bardziej nie lubię, suszonej ryby czy równie popularnego tu lakrisu...

poniedziałek, 14 listopada 2011

małe formy

 Kompletnie nie wiem gdzie mi czas ucieka. Ledwo wrócę z pracy i wezmę prysznic a już trzeba się spieszyć do spania bo rano trzeba wstać do pracy... kiedy ja nadrobię te wszystkie projekty i rozpoczęte robótki ??? Ale pewnie ponad połowa z Was ma tak samo, szczególnie w okresie jesienno zimowym. Chyba byłam niedźwiedziem w poprzednim wcieleniu bo co roku wpadam w jakiś " misiowy letarg" i właściwie zimy przeżywam na półśnie ;) a najchętniej pod kołdrą!
Ale dziś nie o tym co mam zaczęte, co postanowiłam spruć a co postanowiłam dłubać mozolnie dalej... ale o małych formach ;)
Tak!  Uwielbiam takie "szybkie" projekty bo migusiem się je robi więc nie zdążą się znudzić do tego szybko widać efekt, nie potrzeba dużo włóczki, można spokojnie wyrobić "resztki" czy pojedyncze moteczki których szkoda wyrzucić a których nijak nie idzie do czegoś dopasować.
Małe projekty są świetne na małe prezenciki z okazji i bez okazji, są fajnym przerywnikiem innych prac, zajmują niewiele miejsca więc można je robić właściwie wszędzie a schematy są na tyle proste że można je szybko zapamiętać ;)
Wczorajszy mały projekt - broszka różana, no w sumienie nie taki mały bo średnica to ok 10cm.
Róża powstał bardzo szybko z miłej i dość grubej włóczki w pastelowym fiolecie (kompletnie nie wiedziałam co z niej zrobić ;) i tak leżała aż się doczekała i jeszcze jej troszkę zostało na inny mały projekt).
Wymyśliłam sobie że sfilcuję tę różę w pralce ( a raczej spróbuję po raz pierwszy sfilcować coś specjalnie a nie przypadkiem ;) ) ale coś mi nie grało, coś czułam że za łatwo idzie, więc dla pewności w połowie roboty zrobiłam próbę ogniową włóczki - no i oczywiście masz babo placek - akryl.
Filcowanie odpadło ale ponieważ efekt bez filcowania też mi się bardzo podoba, więc w sumie nie rozpaczam ale zapamiętam na przyszłość robić próbę ogniową przed rozpoczęciem czegokolwiek co będę chciała sfilcować z włóczek do których nie mam etykiet składu.
 
 A co do placka - to owszem serniczek ;)
Kocham Serniki ! A tu na IS nie ma porządnego, normalnego sera na sernik ;(  ale pewnego pięknego dnia ku rozpaczy mojego Niedźwiedzia znalazłam rewelacyjny przepis na sernik zwyczajnie niezwyczajny. Ja używam do niego jedynego nadającego się do ciasta dostępnego tutaj na IS sera białego -skyr- to nie do końca nasz odpowiednik serków homogenizowanych ale też nie typowy ser biały, coś jak zmiksowany na gładką masę ser ze śmietaną, taki ser kanapkowy. Przepis znaleziony na blogu Migdałowej - cosmidotego - zakochałam się w nim bo bardzo mi brakuje naszego tradycyjnego polskiego sernika a ten smakuje praktycznie tak samo, no może ma jeden plus - nie wysycha ! ;) Niedźwiedź załamany bo praktycznie co tydzień sernik ;) od ponad miesiąca ;)

Jeszcze na koniec muszę pochwalić się dwoma rzeczami a właściwie sprawami ;)
Sprawa pierwsza: przekonałam się do soczewek (szkieł kontaktowych)! Ja zatwardziały okularnik, który okulary nie tylko nosić musi z powodu wady wzroku to jeszcze okulary lubi! A w dzisiejszych czasach wśród oprawek, wzorów i kolorów można wybierać jak u jubilera ;). No ale przekonałam się z różnych powodów i testuję od tygodnia. Najgorzej było założyć i wyjąć soczewki po raz pierwszy i drugi, później człowiek nabiera wprawy, znajduje własny system i już nie jest tak źle.
Po tygodniu noszenia muszę stwierdzić że soczewki mają jeden wielki plus - na IS są one bardzo praktyczne w okresie zimowym. Przy tych ciągłych deszczach, mżawkach, wiatrach itp okulary mimo całej mojej miłości do nich były bardzo niepraktyczne, ciągle "zakapane", zaparowane, zakurzone... a soczewki bez problemów ;).
Sprawa druga: jedziemy na urlop do PL !!! JUPI spędzimy święta w domku i przywitamy Nowy Rok z polskimi przyjaciółmi ;) bardzo się cieszę na ten urlop bo już ponad rok mija odkąd wywiało mnie za granicę i strasznie się za wszystkimi i wszystkim stęskniłam. Pomimo że dużo też spraw mamy do załatwienia w PL i pewnie wcale nie odpoczniemy z Niedźwiedziem to i tak bardzo się cieszę ;).
Z tej okazji zamieszczam dla wszystkich zainteresowanych schematy śnieżynek które dziergałam w zeszłym roku na naszą pierwszą zagraniczną choinkę. W tym roku mam w planach nie wydzierganie ani jednej ;) będę się cieszyć widokiem "starych" domowych bombek i ozdób. A niektóre z nich liczą pewnie więcej lat niż ja :)
Zamieszczam dwie śnieżynki bardzo prościutkie dla leniuszków i trzy ciut bardziej pracochłonne ;)
Życzę miłego dziergania i koniecznie pochwalcie się na swoich blogach jeśli którąś wydziergacie ;)




Jeszcze candy na koniec:



czwartek, 31 marca 2011

kolejny bezrobótkowy post

Jak zwykle zbieram się i zbieram żeby zamieścić nowego posta a czas leci nieubłaganie i na tym zbieraniu zeszło mi dwa tygodnie. Wybaczcie mi więc że znowu troszkę się rozpiszę choć najlepszy smaczek zostawiam na inny termin ale o tym później. Dzisiaj znowu będzie bezrobótkowo bo zwyczajnie nie mam czasu ani sił na jakąkolwiek dłubaninę, kwiatkowy szalik powstaje więc w tempie wolniejszym od ślimaka, a nowe pomysły i wzory tylko odkładam na szybko rosnącą kupkę.

Jak się nie wie o czym pisać to najłatwiej zacząć od pogody :) ja co prawda mam wiele do napisania ale i tak zacznę od pogody a mianowicie.....
pewnie pamiętacie jak sobie w poprzednich postach narzekałam na pogodę islandzką i nadziwić się nie mogłam jej zmiennością??? (na marginesie dziś był mix pięknego wiosennego słońca, świergotu ptaszków i... gradu x2)
Pogoda weekendowa nie rozpieszczała nas w tym miesiącu więc jak tylko w jedną sobotę pojawiło się słoneczko, skorzystałam i  zrobiłam sobie mały babski wypad nad niedaleki (ok 40km) wodospad Gulfoss.
Kakanka stwierdziła że widoki u mnie paskudne komentując fotkę o mojej pogodzie niespacerowej z końca lutego. Więc tym razem nie straszę ale zachwalam piękność wodospadów Islandii ;) a to zakutane coś na zdjęciu to ja we własnej osobie i od razu wyjaśniam dwie rzeczy:
  1. autorem zdjęcia jest Editha - bardzo miła Niemka z którą pracuję 
  2. tak zimno było tylko przy samym wodospadzie, oczywiście od ilości zimnej wody i lodu, dodatkowo jestem zmarzluch. Troszkę dalej mając na sobie koszulkę, bluzkę bawełnianą z długim i gruby sweter, na nogach wełniane rajty ;) i takie specjalne podwójne spodnie od spodu dresowe z wierzchu przeciwdeszczowe, właściwie kurtki już nie potrzebowałam.



Kolejną niespodzianką na "koniec zimy" była zorza!!! Udało mi się ją zobaczyć pierwszy raz w życiu i to dokładnie przed naszym domkiem co było baaardzo dużym zaskoczeniem bo normalnie w tych okolicach jej nie widać a dodatkowo przeszkadzają światła ze szklarni których tutaj jest w brud. Właściwie już straciłam nadzieję na zobaczenie tego zjawiska w tym roku a tu taka niespodzianka. Muszę Was przeprosić że takie fatalne zdjęcie, nie miałam pod ręką statywu ani nic co mogłoby za statyw posłużyć a wiadomo że jak się robi zdjęcie na długich czasach (inaczej nocą po prostu się nie da, a użycie lampy też odpada bo jak oświetlić światłą żeby były widoczne?) to nie ma bata ręka drży i fota będzie rozmyta. Utrudniał jeszcze fakt że zjawisko kilku minutowe więc nie było czasu na poszukiwania przedmiotów statywopodobnych, dobrze że zdążyłam wyskoczyć z łóżka i chwycić kurtkę i aparat zanim nie zniknęła. Zresztą lepsze takie zdjęcie niż żadne ;)
Nie mogę nie napisać słówka o kulinariach :) Wiecie już że sama piekę chleb średnio co 2-3 dni bo tostowy jakoś do śniadania dalej mi nie pasuje. Pokazywałam nawet moje ładne bochenki a dziś pokazuję że i ja mam czasem złe dni, że też jestem zmęczona i zwyczajnie mi się nie chce, że mi też czasem nie wychodzi coś co robiłam en razy z powodzeniem.
Chlebek co prawda upieczony i w smaku dobry, ale za to jak artystycznie rozjechany i płaskawy - po ciężkim dniu w pracy musiałam upiec chlebek na dzień następny i zwyczajnie o nim zapomniałam jak sobie wyrastał w koszyczku, zapomniałam włączyć piekarnik, chlebek przerósł więc włożyłam do zimnego (a mój piekarnik potrzebuje co najmniej 30 minut żeby się rozgrzać do 200st C.) no i taki efekt - ale jak mówią nie ma tego złego... przy okazji odkryłam że jeśli chcę mieć fajnie wyrośnięty miąższ z dużymi dziurami to muszę wstawić wyrośnięty chlebek do piekarnika przy ok 150st.C. Chlebek ma wtedy jeszcze chwilę na rozrost, miąższ jest "puchaty" ale bochenek się nie rozjeżdża na boki tylko ładnie trzyma formę.
Prawie na koniec troszkę komerchy :) Po prawej stronie na pasku pojawił się dziś nowy banerek. Normalnie nie jestem za reklamą na blogach, wręcz mnie one denerwują bo nie po to prowadzę bloga aby umieszczać w nim bzdurne reklamy, ale ta jest inna.
Jest to maleńka firma w osobie mojej "kawowej przyjaciółki" ;) (autorem ksywki jest mój Niedźwiedź, z uwagi na nasze wspólne przesiadywanie na "kawce i plotkach" jak jeszcze byłam w PL, na których z reguły piłyśmy herbatę).
Możecie poprzez stronkę internetową (lub allegro) zakupić bardzo fajne kubeczki ze zdjęciami, rysunkami czy dedykacjami dla siebie lub swoich bliskich z okazji i bez okazji.
 Na kubeczkach możecie umieścić własne zdjęcia, możecie też zamówić kubek m.in. z moimi rysunkami (tak, czasem też rysuję, poniższy diabełek jest mojego autorstwa żeby nie było że nie potrafię) a jeśli ktoś chce to może zamówić kubeczek z moimi zdjęciami z Islandii (prywatne albumy na picassie udostępniam zainteresowanym).
Oprócz kubeczków można też zamówić wiele różności: podkładki pod kubeczki, puzzle, futerały na komórki, koszulki, skarbonki itd.
Zapraszam więc do odwiedzenia stronki: www.fotopolidruk.pl



A teraz już na sam koniec smaczek - zapowiedź następnego posta :P ....
odkąd przyleciałam na wyspę co jakiś czas narzekam że nie ma tutaj lumpeksów, szmateksów, grzebaków, używaków i jak tam jeszcze je nazywacie...(sklepy czerwonego krzyża się nie liczą, bo tutaj drogie to to i malutkie i niewiele ich jest a asortyment - szkoda nawet wchodzić) i czasem tak sobie wyzdycham, że tęskno mi do szperania i polowania na oryginale łaszki, fatałaszki, bibeloty i inne pierdółki.... ale o tym następnym razem.

poniedziałek, 7 lutego 2011

bez zdjęć tym razem....

Czy wiecie że śnieg na Islandii pada poziomo?! A czasem nawet pionowo ale z dołu do góry! Pogoda zaskakuje mnie tutaj prawie codziennie, nigdy nie wiem jaka będzie za godzinę. Rano masz ulewę, w południe piękne słońce i super ciepło a wieczorem zamieć śnieżną i broń boże nie wybieraj się wtedy gdziekolwiek samochodem. No chyba że chcesz zobaczyć jak śnieg pada poziomo, po drodze dosłownie płyną języki śniegu - efekt jak z maszyny do dymu lub bardzo gęsta mgła tuż nad drogą - no i pokochać kogoś kto wymyślił słupki przydrożne, po prawej z jednym odblaskowym paskiem po lewej z dwoma, przynajmniej wiesz że tam pośrodku powinna być droga bo i tak jej nie zobaczysz, możesz za to zobaczyć pełno aut w rowach w zaspie śnieżnej czekających aż jakiś kolosalny jeep zlituje się nad nimi i wyciągnie je z powrotem na drogę. Wylądować w rowie można nie tylko z powodu nie odróżnienia drogi od reszty śniegu, ale z powodu podmuchu wiatru, czy lodu zamiast asfaltu - o ile w ogóle ten asfalt jest widoczny spod śniegu. Na szczęście nie wszędzie są strome rowy czy skarpy przy drodze, słupki są super elastyczne a ludzie bardzo mili i jeśli tylko mają większy samochód od Ciebie, mimo śnieżycy, spróbują Cię wyciągnąć z powrotem na drogę.
Już wiem co kupię za moją pierwszą wypłatę ;) - szpadel i mocną linę holowniczą, tak na wszelki wypadek.


Ach muszę nadrobić troszkę zaległości a nazbierało się tego i owego.... ale wiadomo czas pędzi jak szalony, pracuję, gotuję, sprzątam, rozmawiam z niedźwiedziem coś tam poczytamy, obejrzymy i jakoś tak czas mija szybciutko ze już trzeba się kłaść spać ... i tak w kółko. Ciężko mi jest jakoś przeorganizować czas tak żeby móc złapać za szydełko, ołówek lub coś podobnego. Praktycznie co 3 dni piekę chlebuś - niechęć do tostowego nadal trwa - po wypróbowaniu kilku przepisów mamy już swój ulubiony! Może i jest troszkę zachodu w przygotowywaniu ale warto, bo jest naprawdę pyszny prawie jak z dobrej piekarni w Polsce. Prawie - bo mój oczywiście lepszy ;)
A przepis znalazłam TUTAJ U ABBRY która skorzystała z przepisu Mirabbelki - nie wiem gdzie ma swój początek i koniec ten łańcuszek, ale jestem pewna że każdy kto spróbuje tego chleba będzie zachwycony.

Składniki :

zaczyn ( 200 g ) - zaczyn trzeba zostawić na ok 12-16 godzin:

* 30 g zakwasu
* 100 g mąki pszennej
* 60 g wody
* 10 g mąki żytniej

ciasto :

* 600 g mąki pszennej
* 50 g mąki żytniej
* ok.350 g wody
* 1,5 łyżeczki soli


Ponieważ Abbra nie zgadza się na kopiowanie treści więc po dalszą część przepisu proszę zajrzeć do niej na bloga - podaję jeszcze raz linka na wszelki wypadek!

Muszę jednak zaznaczyć że troszkę zmodyfikowałam ten przepis, dostosowując do własnych możliwości czasowych ;) wiadomo jak kończę pracę o 17 to ciężko mi czekać 7 godzin aż chlebek sobie wyrośnie.

A oto moje zmiany czyli wszystko po mojemu:
Wieczorem tuż przed pójściem spać robię zaczyn, ale daję 80g wody, mieszam łyżką na pastę w małej misce, zawijam w jednorazówkę foliową i zostawiam na noc - uwaga zaczyn będzie rósł tak jak zakwas więc miska nie może być zbyt mała, słoik litrowy wystarczy.
Następnego dnia wieczorem robię ciasto właściwe. Nie stresuję się tym że zakwas czekał sobie nawet 18-20 godzin. Nie jestem zakwasową purystką więc z braku czasu dodaję do ciasta małą łyżeczkę drożdży instant. Skraca to znacznie czas wyrastania ciasta no i nie trzeba się martwić czy w ogóle wyrośnie jeśli ktoś ma młody zakwas. Drożdże rozpuszczam w tych 350g wody, koniecznie letniej! nie zimnej i nie gorącej.
Z podanych składników i przygotowanego zaczynu wyrabiam ciasto - od razu wszystko razem - nie odstawiam ciasta do hydrolizy na godzinkę. Ciasto wyrabiam ręką ok 10 minut, ma być lekko klejące i nie zbyt twarde - miąższ będzie wtedy pulchny a nie zbity. Zauważyłam że im mniej wody - fakt ciasto się ładnie wyrabia i super odkleja od ręki, jest lekko twardawe tym bardziej zbity miąższ.
Następnie wrzucam miskę z ciastem do piekarnika nastawionego na 27-30 st.C (ciężko to określić bo podziałka jest od 50st.) na 1 godzinkę do wyrośnięcia - zerkam na zegarek (to mój czas początkowy). w tym czasie składam 2 razy, pierwszy raz po ok 15 minutach, drugi raz po 30 minutach licząc od czasu początkowego. Składam na blacie wysmarowanym olejem - w moim przypadku to niepotrzebna półka z szafki kuchennej ;)
Po godzince (cały czas liczę od czasu początkowego) formuję bochenek (na blacie z olejem) przekładam na omączoną ściereczkę i razem z nią wkładam do koszyka do wyrośnięcia. Koszyk kupiłam nie jakiś specjalny ale zwykły za grosze, wyłożony jest folią, ale i tak bochenek wkładam ze ściereczką (tetra jest świetna jak ktoś ma jakąś pieluchę na zbyciu) więc zupełnie to nie przeszkadza, jak nie miałam owalnego koszyka to bochenek wyrastał w plastykowej misce albo durszlaku. Koszyk zawijam w dużą reklamówkę foliową i zostawiam na 1 godzinkę do wyrośnięcia (ma podwoić objętość, może mniej ale nie więcej) w temp pokojowej - ale zaznaczam że mam ciepło w domu, ok 25st.C - w tym czasie nagrzewam piekarnik z blachą na 260st.C - jest stary i nieszczelny więc nagrzewa się akurat prawie godzinkę.
A teraz najlepsza część czyli pieczenie. Przekładam bochenek na deskę drewnianą do krojenia z papierem do pieczenia, szybko nacinam i zsuwam bochenek z papierem na gorącą blachę w piekarniku. Piekę ok 30-35 minut aż się skórka zrumieni. Jak włożę bochenek do piekarnika to na dno wrzucam ok 4-6 kostek lodu (dają parę) po ok 5-10 minutach dorzucam kolejne 4 kostki i zmniejszam temp na 220-230st. Chlebuś sprawdzam stukając palcami od spodu jak w drzwi, ma być "głuchy" dźwięk to jest upieczony, jeśli nie to dopiekam parę minut. Im dłużej będziecie piec tym skórka będzie grubsza. Gorący bochenek kładę na kratce z piekarnika i przykrywam ściereczką kuchenną, zostawiam na noc żeby ostygł ;) rano na śniadanko mam świeżutki i pyyyyszny chlebuś.
Ach i najważniejsze - pamiętajcie że bochenek nie musi być piękny, może sobie popękać (ja nawet lubię te spękania) najważniejsze żeby nam smakował ;)

Już kończę i przepraszam za nieskładnego posta, zmiksowanie tematów, brak zdjęć i wszelkie inne.... dziś jestem jak ta islandzka pogoda zakręcona ;) chwilowo mamy ok pół metra śniegu - na drogach ;) pługi sobie jeżdżą parami jak szalone w tę i z powrotem i jest to całkiem normalne że jeździły już wczoraj w nocy w zamieci ;) w końcu to super ciężki sprzęt.

sobota, 15 stycznia 2011

pierwsze koty za płoty...

...byłam przerażona, przyznaję, myślałam że znowu coś robię źle i zakwas pójdzie do kosza, czekałam i czekałam ale nic a nic się nie działo. Drugiego dnia z powodu braku jakichkolwiek oznak życia dla bezpieczeństwa nastawiłam jeszcze dwa zakwasy z innych mąk i innym sposobem (3 dniowym), z żytniej polskiej 720 kupionej w polskim sklepie oraz jak odkryłam kilka dni później z mąki pszennej razowej (zielone opakowanie) - ten oczywiście nie wyszedł, a raczej wyszedł bo na 4 dzień pomyliłam mąki przy dokarmiania (z braku czasu po prostu się strasznie spieszyłam) i wsypałam mu mąkę żytnią polską i wtedy o dziwo coś się w nim ruszyło - niestety nie wiem na ile ten zakwas jest dobry, jeszcze nie piekłam na nim, czeka grzecznie w lodówce na swoją kolej.

A tutaj mamy zakwas na żytniej polskiej 720 - dzień drugi, tutaj widać jak ładnie pracuje.

No i zakwas pierwszy wyłącznie z mąki żytniej (razowej o ile się nie mylę). Translator niestety coś kiepsko radzi sobie z tłumaczeniem nazw mąk na rodzaje więc czasami muszę zgadywać po wyglądzie i zawartości białka która mąka jest która... choć pewnie nie zawsze trafiam. To akurat dzień 3 z 7-u, zakwasu robionego metodą piekarni po godzinach czyli z codziennym wywalaniem części zakwasu.

No i mój pierwszy bochenek - pieczony na zakwasie z polskiej żytniej po 4 dniu karmienia. Ponieważ obawiałam się że zakwas jest jeszcze sporo za młody więc dodałam łyżeczkę drożdży instant. W smaku był dobry, ale strasznie rozjechał mi się na boki w piekarniku, ale teraz już wiem że ciasto mimo wszystko było za luźne no i że piekarnik zawsze muszę włączać dużo wcześniej bo mam nieszczelną uszczelkę bardzo wolno się nagrzewa i to tylko z górną i dolną grzałką bo sama dolna nagrzewa tylko do 160 i ani stopnia więcej.

To drugi z moich bochenków, pieczony kilka dni później z zakwasu żytniego po 7-u dniach hodowania, również z niewielkim dodatkiem drożdży co skróciło czas wyrastania ciasta - akurat nie miałam zbyt wiele czasu a musiałam coś upiec (bułki chwilowo nam się przejadły, na widok tostowego dalej mamy odruch zwrotny) bo w końcu śniadanie to podstawa dobrego dnia! Ten chlebek pięknie wyrósł choć bałam się czy nacięcia się pozamykają czy będą straszyć... zresztą to moje pierwsze nacięcia więc proszę zignorować ich fatalny kształt. Poprzedniego chleba nie mogłam naciąć bo ciasto było zbyt luźne i ciągnęło się za nożem a tu było dość stabilne, mimo że dość lepkie to jednak ładnie trzymało kształt. No i ten smak ! Ach... pyszota!

Z tego samego przepisu robię właśnie kolejny bochenek tym razem bez dodatku drożdży - daję szansę zakwasowi mam nadzieję że mnie nie zawiedzie - no i troszkę zmieniłam mąki - zamiast żytniej razowej tym razem dałam pszenną razową, ciasto przy wyrabianiu dalej dość lepkie no ale zobaczymy - mam nadzieję że wyjdzie bo muszę coś mieć na śniadanie, trzymajcie kciuki.
Ach dla zainteresowanych przepis na drugi chlebek (ten bardziej udany) TUTAJ u TATTER ! dzięki dodatkowi drożdży oba wyrastania skróciły mi się do ok. godzinki każdy. Za drugim razem pilnowałam aby nie przerosło i wyszła niecała godzinka. piekłam normalnie na blasze z piekarnika wyłożonej papierem do pieczenia, najpierw w 250 ok 10 minut, potem w 230 ok 20 minut a potem zmniejszyłam jeszcze na 200 i dopiekałam aż uznałam po wyglądzie że wystarczy 5-10 minut.
I dla tych co myślą że bez sprzętu się nie da:
1. kamienia nie mam, rozgrzewam piekarnik razem z czarną blachą z wyposażenia piekarnika (elektrycznego w dość wiekowej kuchence) na papierze - kawałkiem papieru przykrywam wyrośnięty bochenek, przewracam np na pokrywkę od garnka i zsuwam papier z pokrywki prosto na rozgrzaną blachę.
2. koszyków do wyrastania nie mam, rozkładam na stole ściereczkę kuchenną z tetry (ale myślę że może być dowolna lniana) posypuję mąką, kładę na to uformowane w kulę ciasto i wkładam do zwykłej miski plastikowej lub do plastikowego druszlaka, właściwie można włożyć do czegokolwiek o odpowiednim kształcie. Ale chyba sobie uplotę jakiś z papierowej wikliny do podłużnych bochenków.
3. spryskiwacza do wody nie mam, najbliższy sklep gdzie mogłabym kupić coś więcej oprócz produktów podstawowych typu tostowy, masło i mleko mam ponad 100km od mojego obecnego miejsca zamieszkania więc do czasu następnej wizyty w mieście po zakupy radzę sobie kubkiem i pędzlem, maczam pędzel w wodzie w kubku który trzymam nad drzwiczkami piekarnika i chlastam po prostu jak ksiądz kropidłem po ściankach bocznych i spodzie piekarnika.
4. odpowiedniej wielkości form nie mam, keksówek brak więc wybieram raczej przepisy gdzie mogę uformować bochenek okrągły.
5. żyletki do nacinania nie mam - wystarcza mi zwykły ostry nóż, zdziwilibyście się bo jest dość sporych rozmiarów, no ale używam go w kuchni do wszystkiego i właściwie tylko tego jednego noża, jakoś nie mam przekonania do mniejszych nożyków czy innych skrobaczek, po prostu nie leżą mi w ręce ;)

no idę odprawiać czary nad moim chlebem żeby tylko się udał...

czwartek, 16 grudnia 2010

ojajaj

Odkrywam w sobie pokłady nielubienia - szczególnie chleba tostowego.... jako fanatyczna pochłaniaczka chleba (jakby się dało to bym go jadła nawet do rosołu - po prostu chleb uwielbiam) cierpię katusze będąc skazaną na paskudztwo tostowe zamiast normalnego bochenka - po ponad tygodniu na tostowy patrzeć nie mogę więc zachwycona wspaniałymi wypiekami różnymi blogowiczek i blogowiczów a szczególnie TYM WSPANIAŁYM BLOGIEM (kocham internet właśnie za takie skarby które można w nim znaleźć), praktycznie w amoku głodu chlebowego spreparowałam moje pierwsze bułki bo to łatwiej nie spaprać niż dobry chlebek.

no więc na zdjęciu tylko bułek 4 bo reszta już dawno zjedzona na ciepło ;) ... niedźwiedziowi smakują - wcale mu się nie dziwię, prawie rok na tostowym blee. A bułeczki wyszły naprawdę lepsze niż ze sklepu ;)choć to nasza subiektywna opinia a proste w wykonaniu jak drut! Nawet można pokombinować z przepisem według własnego smaku, dosolić, dorzucić różnych śmieci w postaci nasionek jak kto lubi, no a do tego wychodzą praktycznie z każdej mąki nie ważne czy pszenna czy żytnia czy mieszana... robiłam z tej co na stanie ;)

Ale mam zamiar w sobotę zakupić odpowiednie mąki ;) i spróbować upiec swój pierwszy chlebek, tylko najpierw muszę jeszcze jakimś cudem wyhodować odpowiedni zakwas.... trzymajcie za mnie kciuki ;)

piątek, 10 września 2010

zupa grzybowa ze świeżych grzybów krok po kroku

...ot tak w ramach gotowania obiadu - z doświadczenia wiem, że jest wiele osób które z gotowaniem dań wszelakich są na bakier i potrafią przypalić nawet wodę na herbatę.
Mimo braku umiejętności kulinarnych wiele z tych osób chciałoby choć raz ugotować coś jadalnego, niestety dostępność przepisów typu krok po kroku jest niewielka.

A więc dla wszystkich bardzo początkujących kucharzy i dla wszystkich zainteresowanych:

Zupa grzybowa ze świeżych grzybów krok po kroku :) przepis dla 3-4 osób

czas przygotowania: 20 minut
czas gotowania: 40-50 minut

Przygotujmy:

1. Grzyby - nie mniej niż 60dag (czyli 600g lub ponad pół kilo), oczyszczamy siekamy na plasterki. Grzybki najlepiej jeśli są różne: prawdziwki, siniaki, kozaki, itd. mogą być nawet pieczarki. Z samych pieczarek też wyjdzie ale nie będzie tak dobrze smakować i nie będzie takiego ładnego brązowego koloru.
2. masło - ok pół kostki.
3. bulion - 1 litr - ja z reguły wykorzystuję do tego rosół z niedzieli ;)zlany i przechowywany w lodówce ale może być też bulion przygotowany z kostek rosołowych według przepisu na opakowaniu. Bulion musi być gorący więc niech sobie stoi na malutkim ogniu. Jeśli używamy rosołu to musimy go podgrzać!
4. cebulę - jedną, średniej wielkości - siekamy w kostkę lub jak kto umie w miarę drobno.
5. sól i pieprz. Jeśli używamy bulionu z kostek to jeszcze listek laurowy i 3ziarnka ziela angielskiego.
6. natkę pietruszki (jeśli ktoś lubi)- trzeba ją posiekać. Wystarczą 3-4 gałązki (oczywiście te grube łodyżki wywalamy).
7. makaron - garść (dosłownie)- najlepiej łazanki, kokardki lub szerokie wstążki. Jeśli ktoś nie lubi makaronu może z niego zrezygnować. O tym jak ugotować makaron za chwilkę.
8. śmietana do zupy - 4 łyżki
9. mąka - 2 łyżki z czubkiem
10. pusty słoik z zakrętką o pojemności 0,5 litra


Przygotujmy makaron:
Gotujemy 1 litr wody, na wrzątek sypiemy 1 łyżeczkę z czubkiem soli i wrzucamy jedną garść makaronu. Musi się teraz zagotować. Przykręcamy gaz tak aby woda bulgotała ale nie kipiała. Gotujemy jak na opakowaniu lub do miękkości od czasu do czasu mieszając żeby makaron nie przywarł do dna. Ja zawsze po czasie podanym na opakowaniu wyciągam jednego kluska i rozgryzam - jeśli jest miękki i przez cały przekrój jest jednakowy z wyglądu, to jest ok, ale jeśli uznamy że jest twardy i w środku jest ciemniejszy niż na brzegach to gotujemy jeszcze ok 2 minut. Makaron odcedzamy, przelewamy zimną wodą i zostawiamy na sitku do obcieknięcia.


A teraz bierzemy się za zupkę:


Do dużego garnka o grubym dnie żeby nic się nie przypaliło (można użyć też patelni) wrzucamy ok 1/3 kostki masła. Na roztopione masło wrzucamy pokrojone grzybki - nie martwmy się że jest ich dużo, grzybki sporo stracą na objętości.
Grzybki na małym ogniu podsmażamy często mieszając aż odparuje z nich sok który puszczą. Zajmie nam to ok 20 minut.




Równocześnie (lub wcześniej) podsmażamy osobno cebulkę na maśle (wystarczy plaster szerokości 1 cm). Cebulka powinna mieć kolor mocno żółty lub jasno pomarańczowy (bardzo jasno brązowy jak kto woli).



Jak cebulka przygotowana a grzybki już prawie odparowały, podgrzewamy rosół lub bulion jeśli ostygł - musi być wrzący inaczej grzybki stwardnieją!
Jeśli grzybki smażymy na patelni to rosół (bulion) przygotujmy w dużym garnku bo wtedy do niego będziemy dorzucać grzybki a nie na odwrót.



Jeśli grzybki są już gotowe (ich miękkość możemy sprawdzić drewnianą łopatka lub łyżką do mieszania - jeśli łatwo dają się przepołowić o brzeg garnka to są ok) dorzucamy do nich cebulkę i mieszamy.
Jeśli grzybki smażyliśmy w garnku to zalewamy wszystko gorącym bulionem (rosołem).
Dolewamy jeszcze 2 szklanki wrzątku.
Teraz czas na przyprawy. Jeśli daliśmy rosół to wystarczy dodać 2 szczypty soli i 2 szczypty pieprzu do smaku (no chyba że ktoś lubi bardzo pieprzne potrawy). Jeśli używamy bulionu z kostek to dodajemy jeszcze listek laurowy i ziele angielski.
Gotujemy jeszcze 20 do 30 minut na małym ogniu (bąbelki ma puszczać).
Jeśli grzybki smażyliśmy na patelni to zamiast bulion do grzybków to wrzucamy grzybki do bulionu.



Czas na zabielanie ;)
Do słoika wrzucamy mąkę 2 łyżki z czubkiem mąki i 4 łyżki śmietany i uzupełniamy ciepłą (przegotowaną) wodą do 1/3 wysokości słoika. Zakręcamy i "trzepiemy" energicznie aż wszystko się wymiesza :) w ten sposób nie będzie grudek ;) a grudek nie cierpię...



Zawartość śmietany wlewamy do naszej zupy równocześnie mieszając. Zupa musi się teraz zagotować, jak puści bąbelki wyłączamy. Dodajemy ugotowany wcześniej makaron i jeśli ktoś lubi natkę pietruszki. wszystko razem zamieszać i gotowe.



Teraz wystarczy tylko zwołać domowników na obiad ;) Smacznego.



I na koniec pamiętajmy:
Kupujmy grzyby tylko ze sprawdzonego źródła, jeśli zbieramy je sami to tylko te które znamy! Ewentualnie niech ktoś, kto się zna na grzybach nam obejrzy nasze zbiory czy są "jadalne" nie tylko jeden raz w życiu...

Pamiętajmy także, że grzyby niezależnie od przygotowania są ciężko strawne więc nie polecam osobom mającym problemy trawienne no chyba że do pary z Hepatilem ;)