Czy wiecie że śnieg na Islandii pada poziomo?! A czasem nawet pionowo ale z dołu do góry! Pogoda zaskakuje mnie tutaj prawie codziennie, nigdy nie wiem jaka będzie za godzinę. Rano masz ulewę, w południe piękne słońce i super ciepło a wieczorem zamieć śnieżną i broń boże nie wybieraj się wtedy gdziekolwiek samochodem. No chyba że chcesz zobaczyć jak śnieg pada poziomo, po drodze dosłownie płyną języki śniegu - efekt jak z maszyny do dymu lub bardzo gęsta mgła tuż nad drogą - no i pokochać kogoś kto wymyślił słupki przydrożne, po prawej z jednym odblaskowym paskiem po lewej z dwoma, przynajmniej wiesz że tam pośrodku powinna być droga bo i tak jej nie zobaczysz, możesz za to zobaczyć pełno aut w rowach w zaspie śnieżnej czekających aż jakiś kolosalny jeep zlituje się nad nimi i wyciągnie je z powrotem na drogę. Wylądować w rowie można nie tylko z powodu nie odróżnienia drogi od reszty śniegu, ale z powodu podmuchu wiatru, czy lodu zamiast asfaltu - o ile w ogóle ten asfalt jest widoczny spod śniegu. Na szczęście nie wszędzie są strome rowy czy skarpy przy drodze, słupki są super elastyczne a ludzie bardzo mili i jeśli tylko mają większy samochód od Ciebie, mimo śnieżycy, spróbują Cię wyciągnąć z powrotem na drogę.
Już wiem co kupię za moją pierwszą wypłatę ;) - szpadel i mocną linę holowniczą, tak na wszelki wypadek.
Ach muszę nadrobić troszkę zaległości a nazbierało się tego i owego.... ale wiadomo czas pędzi jak szalony, pracuję, gotuję, sprzątam, rozmawiam z niedźwiedziem coś tam poczytamy, obejrzymy i jakoś tak czas mija szybciutko ze już trzeba się kłaść spać ... i tak w kółko. Ciężko mi jest jakoś przeorganizować czas tak żeby móc złapać za szydełko, ołówek lub coś podobnego. Praktycznie co 3 dni piekę chlebuś - niechęć do tostowego nadal trwa - po wypróbowaniu kilku przepisów mamy już swój ulubiony! Może i jest troszkę zachodu w przygotowywaniu ale warto, bo jest naprawdę pyszny prawie jak z dobrej piekarni w Polsce. Prawie - bo mój oczywiście lepszy ;)
A przepis znalazłam TUTAJ U ABBRY która skorzystała z przepisu Mirabbelki - nie wiem gdzie ma swój początek i koniec ten łańcuszek, ale jestem pewna że każdy kto spróbuje tego chleba będzie zachwycony.
Składniki :
zaczyn ( 200 g ) - zaczyn trzeba zostawić na ok 12-16 godzin:
* 30 g zakwasu
* 100 g mąki pszennej
* 60 g wody
* 10 g mąki żytniej
ciasto :
* 600 g mąki pszennej
* 50 g mąki żytniej
* ok.350 g wody
* 1,5 łyżeczki soli
Ponieważ Abbra nie zgadza się na kopiowanie treści więc po dalszą część przepisu proszę zajrzeć do niej na bloga - podaję jeszcze raz linka na wszelki wypadek!
Muszę jednak zaznaczyć że troszkę zmodyfikowałam ten przepis, dostosowując do własnych możliwości czasowych ;) wiadomo jak kończę pracę o 17 to ciężko mi czekać 7 godzin aż chlebek sobie wyrośnie.
A oto moje zmiany czyli wszystko po mojemu:
Wieczorem tuż przed pójściem spać robię zaczyn, ale daję 80g wody, mieszam łyżką na pastę w małej misce, zawijam w jednorazówkę foliową i zostawiam na noc - uwaga zaczyn będzie rósł tak jak zakwas więc miska nie może być zbyt mała, słoik litrowy wystarczy.
Następnego dnia wieczorem robię ciasto właściwe. Nie stresuję się tym że zakwas czekał sobie nawet 18-20 godzin. Nie jestem zakwasową purystką więc z braku czasu dodaję do ciasta małą łyżeczkę drożdży instant. Skraca to znacznie czas wyrastania ciasta no i nie trzeba się martwić czy w ogóle wyrośnie jeśli ktoś ma młody zakwas. Drożdże rozpuszczam w tych 350g wody, koniecznie letniej! nie zimnej i nie gorącej.
Z podanych składników i przygotowanego zaczynu wyrabiam ciasto - od razu wszystko razem - nie odstawiam ciasta do hydrolizy na godzinkę. Ciasto wyrabiam ręką ok 10 minut, ma być lekko klejące i nie zbyt twarde - miąższ będzie wtedy pulchny a nie zbity. Zauważyłam że im mniej wody - fakt ciasto się ładnie wyrabia i super odkleja od ręki, jest lekko twardawe tym bardziej zbity miąższ.
Następnie wrzucam miskę z ciastem do piekarnika nastawionego na 27-30 st.C (ciężko to określić bo podziałka jest od 50st.) na 1 godzinkę do wyrośnięcia - zerkam na zegarek (to mój czas początkowy). w tym czasie składam 2 razy, pierwszy raz po ok 15 minutach, drugi raz po 30 minutach licząc od czasu początkowego. Składam na blacie wysmarowanym olejem - w moim przypadku to niepotrzebna półka z szafki kuchennej ;)
Po godzince (cały czas liczę od czasu początkowego) formuję bochenek (na blacie z olejem) przekładam na omączoną ściereczkę i razem z nią wkładam do koszyka do wyrośnięcia. Koszyk kupiłam nie jakiś specjalny ale zwykły za grosze, wyłożony jest folią, ale i tak bochenek wkładam ze ściereczką (tetra jest świetna jak ktoś ma jakąś pieluchę na zbyciu) więc zupełnie to nie przeszkadza, jak nie miałam owalnego koszyka to bochenek wyrastał w plastykowej misce albo durszlaku. Koszyk zawijam w dużą reklamówkę foliową i zostawiam na 1 godzinkę do wyrośnięcia (ma podwoić objętość, może mniej ale nie więcej) w temp pokojowej - ale zaznaczam że mam ciepło w domu, ok 25st.C - w tym czasie nagrzewam piekarnik z blachą na 260st.C - jest stary i nieszczelny więc nagrzewa się akurat prawie godzinkę.
A teraz najlepsza część czyli pieczenie. Przekładam bochenek na deskę drewnianą do krojenia z papierem do pieczenia, szybko nacinam i zsuwam bochenek z papierem na gorącą blachę w piekarniku. Piekę ok 30-35 minut aż się skórka zrumieni. Jak włożę bochenek do piekarnika to na dno wrzucam ok 4-6 kostek lodu (dają parę) po ok 5-10 minutach dorzucam kolejne 4 kostki i zmniejszam temp na 220-230st. Chlebuś sprawdzam stukając palcami od spodu jak w drzwi, ma być "głuchy" dźwięk to jest upieczony, jeśli nie to dopiekam parę minut. Im dłużej będziecie piec tym skórka będzie grubsza. Gorący bochenek kładę na kratce z piekarnika i przykrywam ściereczką kuchenną, zostawiam na noc żeby ostygł ;) rano na śniadanko mam świeżutki i pyyyyszny chlebuś.
Ach i najważniejsze - pamiętajcie że bochenek nie musi być piękny, może sobie popękać (ja nawet lubię te spękania) najważniejsze żeby nam smakował ;)
Już kończę i przepraszam za nieskładnego posta, zmiksowanie tematów, brak zdjęć i wszelkie inne.... dziś jestem jak ta islandzka pogoda zakręcona ;) chwilowo mamy ok pół metra śniegu - na drogach ;) pługi sobie jeżdżą parami jak szalone w tę i z powrotem i jest to całkiem normalne że jeździły już wczoraj w nocy w zamieci ;) w końcu to super ciężki sprzęt.
poniedziałek, 7 lutego 2011
sobota, 15 stycznia 2011
pierwsze koty za płoty...
...byłam przerażona, przyznaję, myślałam że znowu coś robię źle i zakwas pójdzie do kosza, czekałam i czekałam ale nic a nic się nie działo. Drugiego dnia z powodu braku jakichkolwiek oznak życia dla bezpieczeństwa nastawiłam jeszcze dwa zakwasy z innych mąk i innym sposobem (3 dniowym), z żytniej polskiej 720 kupionej w polskim sklepie oraz jak odkryłam kilka dni później z mąki pszennej razowej (zielone opakowanie) - ten oczywiście nie wyszedł, a raczej wyszedł bo na 4 dzień pomyliłam mąki przy dokarmiania (z braku czasu po prostu się strasznie spieszyłam) i wsypałam mu mąkę żytnią polską i wtedy o dziwo coś się w nim ruszyło - niestety nie wiem na ile ten zakwas jest dobry, jeszcze nie piekłam na nim, czeka grzecznie w lodówce na swoją kolej.

A tutaj mamy zakwas na żytniej polskiej 720 - dzień drugi, tutaj widać jak ładnie pracuje.

No i zakwas pierwszy wyłącznie z mąki żytniej (razowej o ile się nie mylę). Translator niestety coś kiepsko radzi sobie z tłumaczeniem nazw mąk na rodzaje więc czasami muszę zgadywać po wyglądzie i zawartości białka która mąka jest która... choć pewnie nie zawsze trafiam. To akurat dzień 3 z 7-u, zakwasu robionego metodą piekarni po godzinach czyli z codziennym wywalaniem części zakwasu.

No i mój pierwszy bochenek - pieczony na zakwasie z polskiej żytniej po 4 dniu karmienia. Ponieważ obawiałam się że zakwas jest jeszcze sporo za młody więc dodałam łyżeczkę drożdży instant. W smaku był dobry, ale strasznie rozjechał mi się na boki w piekarniku, ale teraz już wiem że ciasto mimo wszystko było za luźne no i że piekarnik zawsze muszę włączać dużo wcześniej bo mam nieszczelną uszczelkę bardzo wolno się nagrzewa i to tylko z górną i dolną grzałką bo sama dolna nagrzewa tylko do 160 i ani stopnia więcej.

To drugi z moich bochenków, pieczony kilka dni później z zakwasu żytniego po 7-u dniach hodowania, również z niewielkim dodatkiem drożdży co skróciło czas wyrastania ciasta - akurat nie miałam zbyt wiele czasu a musiałam coś upiec (bułki chwilowo nam się przejadły, na widok tostowego dalej mamy odruch zwrotny) bo w końcu śniadanie to podstawa dobrego dnia! Ten chlebek pięknie wyrósł choć bałam się czy nacięcia się pozamykają czy będą straszyć... zresztą to moje pierwsze nacięcia więc proszę zignorować ich fatalny kształt. Poprzedniego chleba nie mogłam naciąć bo ciasto było zbyt luźne i ciągnęło się za nożem a tu było dość stabilne, mimo że dość lepkie to jednak ładnie trzymało kształt. No i ten smak ! Ach... pyszota!

Z tego samego przepisu robię właśnie kolejny bochenek tym razem bez dodatku drożdży - daję szansę zakwasowi mam nadzieję że mnie nie zawiedzie - no i troszkę zmieniłam mąki - zamiast żytniej razowej tym razem dałam pszenną razową, ciasto przy wyrabianiu dalej dość lepkie no ale zobaczymy - mam nadzieję że wyjdzie bo muszę coś mieć na śniadanie, trzymajcie kciuki.
Ach dla zainteresowanych przepis na drugi chlebek (ten bardziej udany) TUTAJ u TATTER ! dzięki dodatkowi drożdży oba wyrastania skróciły mi się do ok. godzinki każdy. Za drugim razem pilnowałam aby nie przerosło i wyszła niecała godzinka. piekłam normalnie na blasze z piekarnika wyłożonej papierem do pieczenia, najpierw w 250 ok 10 minut, potem w 230 ok 20 minut a potem zmniejszyłam jeszcze na 200 i dopiekałam aż uznałam po wyglądzie że wystarczy 5-10 minut.
I dla tych co myślą że bez sprzętu się nie da:
1. kamienia nie mam, rozgrzewam piekarnik razem z czarną blachą z wyposażenia piekarnika (elektrycznego w dość wiekowej kuchence) na papierze - kawałkiem papieru przykrywam wyrośnięty bochenek, przewracam np na pokrywkę od garnka i zsuwam papier z pokrywki prosto na rozgrzaną blachę.
2. koszyków do wyrastania nie mam, rozkładam na stole ściereczkę kuchenną z tetry (ale myślę że może być dowolna lniana) posypuję mąką, kładę na to uformowane w kulę ciasto i wkładam do zwykłej miski plastikowej lub do plastikowego druszlaka, właściwie można włożyć do czegokolwiek o odpowiednim kształcie. Ale chyba sobie uplotę jakiś z papierowej wikliny do podłużnych bochenków.
3. spryskiwacza do wody nie mam, najbliższy sklep gdzie mogłabym kupić coś więcej oprócz produktów podstawowych typu tostowy, masło i mleko mam ponad 100km od mojego obecnego miejsca zamieszkania więc do czasu następnej wizyty w mieście po zakupy radzę sobie kubkiem i pędzlem, maczam pędzel w wodzie w kubku który trzymam nad drzwiczkami piekarnika i chlastam po prostu jak ksiądz kropidłem po ściankach bocznych i spodzie piekarnika.
4. odpowiedniej wielkości form nie mam, keksówek brak więc wybieram raczej przepisy gdzie mogę uformować bochenek okrągły.
5. żyletki do nacinania nie mam - wystarcza mi zwykły ostry nóż, zdziwilibyście się bo jest dość sporych rozmiarów, no ale używam go w kuchni do wszystkiego i właściwie tylko tego jednego noża, jakoś nie mam przekonania do mniejszych nożyków czy innych skrobaczek, po prostu nie leżą mi w ręce ;)
no idę odprawiać czary nad moim chlebem żeby tylko się udał...
A tutaj mamy zakwas na żytniej polskiej 720 - dzień drugi, tutaj widać jak ładnie pracuje.
No i zakwas pierwszy wyłącznie z mąki żytniej (razowej o ile się nie mylę). Translator niestety coś kiepsko radzi sobie z tłumaczeniem nazw mąk na rodzaje więc czasami muszę zgadywać po wyglądzie i zawartości białka która mąka jest która... choć pewnie nie zawsze trafiam. To akurat dzień 3 z 7-u, zakwasu robionego metodą piekarni po godzinach czyli z codziennym wywalaniem części zakwasu.
No i mój pierwszy bochenek - pieczony na zakwasie z polskiej żytniej po 4 dniu karmienia. Ponieważ obawiałam się że zakwas jest jeszcze sporo za młody więc dodałam łyżeczkę drożdży instant. W smaku był dobry, ale strasznie rozjechał mi się na boki w piekarniku, ale teraz już wiem że ciasto mimo wszystko było za luźne no i że piekarnik zawsze muszę włączać dużo wcześniej bo mam nieszczelną uszczelkę bardzo wolno się nagrzewa i to tylko z górną i dolną grzałką bo sama dolna nagrzewa tylko do 160 i ani stopnia więcej.
To drugi z moich bochenków, pieczony kilka dni później z zakwasu żytniego po 7-u dniach hodowania, również z niewielkim dodatkiem drożdży co skróciło czas wyrastania ciasta - akurat nie miałam zbyt wiele czasu a musiałam coś upiec (bułki chwilowo nam się przejadły, na widok tostowego dalej mamy odruch zwrotny) bo w końcu śniadanie to podstawa dobrego dnia! Ten chlebek pięknie wyrósł choć bałam się czy nacięcia się pozamykają czy będą straszyć... zresztą to moje pierwsze nacięcia więc proszę zignorować ich fatalny kształt. Poprzedniego chleba nie mogłam naciąć bo ciasto było zbyt luźne i ciągnęło się za nożem a tu było dość stabilne, mimo że dość lepkie to jednak ładnie trzymało kształt. No i ten smak ! Ach... pyszota!
Z tego samego przepisu robię właśnie kolejny bochenek tym razem bez dodatku drożdży - daję szansę zakwasowi mam nadzieję że mnie nie zawiedzie - no i troszkę zmieniłam mąki - zamiast żytniej razowej tym razem dałam pszenną razową, ciasto przy wyrabianiu dalej dość lepkie no ale zobaczymy - mam nadzieję że wyjdzie bo muszę coś mieć na śniadanie, trzymajcie kciuki.
Ach dla zainteresowanych przepis na drugi chlebek (ten bardziej udany) TUTAJ u TATTER ! dzięki dodatkowi drożdży oba wyrastania skróciły mi się do ok. godzinki każdy. Za drugim razem pilnowałam aby nie przerosło i wyszła niecała godzinka. piekłam normalnie na blasze z piekarnika wyłożonej papierem do pieczenia, najpierw w 250 ok 10 minut, potem w 230 ok 20 minut a potem zmniejszyłam jeszcze na 200 i dopiekałam aż uznałam po wyglądzie że wystarczy 5-10 minut.
I dla tych co myślą że bez sprzętu się nie da:
1. kamienia nie mam, rozgrzewam piekarnik razem z czarną blachą z wyposażenia piekarnika (elektrycznego w dość wiekowej kuchence) na papierze - kawałkiem papieru przykrywam wyrośnięty bochenek, przewracam np na pokrywkę od garnka i zsuwam papier z pokrywki prosto na rozgrzaną blachę.
2. koszyków do wyrastania nie mam, rozkładam na stole ściereczkę kuchenną z tetry (ale myślę że może być dowolna lniana) posypuję mąką, kładę na to uformowane w kulę ciasto i wkładam do zwykłej miski plastikowej lub do plastikowego druszlaka, właściwie można włożyć do czegokolwiek o odpowiednim kształcie. Ale chyba sobie uplotę jakiś z papierowej wikliny do podłużnych bochenków.
3. spryskiwacza do wody nie mam, najbliższy sklep gdzie mogłabym kupić coś więcej oprócz produktów podstawowych typu tostowy, masło i mleko mam ponad 100km od mojego obecnego miejsca zamieszkania więc do czasu następnej wizyty w mieście po zakupy radzę sobie kubkiem i pędzlem, maczam pędzel w wodzie w kubku który trzymam nad drzwiczkami piekarnika i chlastam po prostu jak ksiądz kropidłem po ściankach bocznych i spodzie piekarnika.
4. odpowiedniej wielkości form nie mam, keksówek brak więc wybieram raczej przepisy gdzie mogę uformować bochenek okrągły.
5. żyletki do nacinania nie mam - wystarcza mi zwykły ostry nóż, zdziwilibyście się bo jest dość sporych rozmiarów, no ale używam go w kuchni do wszystkiego i właściwie tylko tego jednego noża, jakoś nie mam przekonania do mniejszych nożyków czy innych skrobaczek, po prostu nie leżą mi w ręce ;)
no idę odprawiać czary nad moim chlebem żeby tylko się udał...
Subskrybuj:
Posty (Atom)